Nigdy nie czułam się w sobie dobrze. Nigdy nie byłam zadowolona z tego jaka jestem. Nigdy nie kochałam siebie na tyle, żeby nie potrzebować naśladować innych. Z czasem ubywa mi tego z czego mogłam się cieszyć i korzystać. Za późno rozumiem swoją niewiarę, bo czas się nie cofa. Mogę zmienić teraz, ale ciągle wisi nade mną wczoraj...Mam wrodzoną wadę serca, które nie potrafi kochać...(?) Kiedy analizuję dochodzę do strasznych wniosków. Najbardziej bolesny jest egocentryzm, dziecięca samotność, która skazała mnie na cichą zagładę we własnym wszechświecie. Depresja to etap przejściowy, ale zostawia dziury na całości. Każde wydarzenie nasycone krzykiem lub obojętnością uświadamia mi wadliwość systemu. To trudna świadomość, bo blokuje jakiekolwiek działanie...Zastanawiam się w którym momencie skończył się mój bunt i potrzeba imponowania, to był zły moment...Widzę teraz czubek własnego nosa i tylko na nim się koncentruję, ja biedna, ja zaniedbana, ja zapomniana, ja przeszkadzająca, ja niezdolna itd. itd. Zamiast skorzystać z własnej wyobraźni idę ciągle linią boczną i tylko od czasu do czasu śmignie mi przed oczami pośpieszny. Dzisiaj chciałabym do niego wsiąść, bo mam fajny bagaż tylko trochę niepoukładany...
Na ostatnim zdjęciu przedstawiam Lenę alias Leninę, Leningrad, Lenuszkę czy też Leniuchę, czyli moje kudłate słońce.

















