Przyciskam do skroni rozedrgane dłonie. Wędruję chaotycznie mając nadzieję, że któryś dotyk sprawi ulgę. Szukam tego miejsca, ale ono jakby zdwojone, potrojone, powielone do tysiąca, miliona wędruje kanałami pod skórą mojej głowy. Wgniatam oczy szukając spokoju. Wędruję krawędzią kości oczodołu nagniatając opuszkiem palca coraz mocniej i...nic...zupełnie nic się nie dzieje. Wzrasta potrzeba odłożenia głowy na bok, wykręcenia jak żarówkę, pozbycia się na chwilę chociaż, żeby nabrać powietrza, tupnąć nogą, zamknąć na moment oczy. Zamykam, a w ciemności wyobraźnia kreuje jeszcze większego potwora. Zawisam więc na łokciach szukając jakiegoś ciemnego punktu, który nie będzie strzelał pociskami światła i kolorów w moje opuchnięte źrenice. Zapada zmrok, szklanka musuje szarlatańską miksturę, która nie pomoże, ale lubię stworzyć choć pozory jej siły. Sen...czasem koi...czasem przychodzi szybko i uzdrawia...Woda, w wodzie rozpuszczają się demony, święcona, czysta, nieskazitelna, obmywa i zabiera...Chyba nie bez powodu wciąż wybieram kajdany i sznury...Moja podświadomość kreuje moją rzeczywistość...a potem muszę się oczyszczać...
zaplątany sweter - SAMMYDRESS, buty - Venezia, płaszcz, torba, szalik, spodnie - sh

+copy.jpg)