piątek, 2 listopada 2012

Smutne oczy i zaduszkowe twory

    Stoję, ciskają we mnie krople deszczu, wiatr wkrada się na pieszczoty swym zimnym oddechem, coś rżnie mi policzek na pół, wgryzając się solą w ranę...Kwiaty potargane, jeszcze białe, płomyki potargane, słabe, kolorowe. Nie mogę uwierzyć, że nie wpadniesz mi już w oko, że mogę tylko patrzeć na ścianę z granitu, która nie zapyta, nie pożegna, nie przywita...Za każdym razem kiedy tu przychodzę, przeżywam Cię na nowo, siedzącą na fotelu w różowym swetrze, spokojną, lekko uśmiechniętą. Jestem przy Tobie, obmywam i układam do snu we wrzosową garsonkę. Cały świat przestaje się do mnie dobijać, głucho, czekanie, samotność...i zostaję tak na dłużej, tak do dziś...do jutro...do końca....









***
 ZADUSZKOWE TWORY:




Rodzinny autobus. Torebka była złota w różowe kwiatuszki, a szybki miała srebrzysto brokatowe i była przeze mnie mocno zapomniana, dodam że był to prezent, więc wyrzucenie, oddanie, sprzedanie nie wchodziło w grę. Ozdobiłam ją więc techniką decoupage, a z okienek wygląda moja rodzina. 
***

Torebeczkę mam z wymiany, białe kwiatki to resztka jakiegoś starego wianuszka ślubnego (które namiętnie kupuję, jak na jakiś trafię) a czacha to pozostałość breloczka, który nosił przy spodniach mój ojciec, została pomalowana na biało. Dodam że cały element ozdobny to broszka i mogę sobie ją przepinać w zależności od upodobania na jej użycie. Zainspirowano mnie tutaj (klik). Wybrałam się z nią na tegoroczny Halloween, mój pomysł na siebie tego dnia, wrzucę innym razem.
 ***

 Antosia I, obiekt z elementami malarstwa olejnego na desce, 56/47/10 cm, rok 2003

***

sobota, 27 października 2012

Tęsknota...


     Siedzę przy szarym stole i jem zupę z cukinii. Liście popchnięte w barwny orszak tańcują w powietrzu, rozbijając swoje nadgryzione zębem jesieni ciała o przybrudzone szyby. Mikroskopijnymi szczelinami chłodne powietrze wysysa duszę domu. Nie zapalam światła, siedzę w półmroku i jestem cicha, wcale nie smutna, wcale nie wesoła. Zatrzymana, bo świata nie zmienię, nawet wkoło siebie. Warkocz z kosmyków płaczu i uśmiechów, mimo że potargany wiatrem , wciąż go przypomina i nie ma odwrotu, ani drogi do przodu. Rejestruję tylko chwilowy spokój bez towarzystwa emocji, które wyjątkowo chętnie zasiadłyby na pustych krzesłach, ciskając we mnie potworami świata, odpierając ataki dowodami cudów...ale przy stole jest pusto, jest cicho, jest już prawie ciemno. Unosi się lekki aromat wspomnienia o tych, którzy już nigdy tu nie usiądą, nie zaśmieją się, nie zjedzą. Powolutku, przebudzone ze snu, zaczynają tupać małe stópki...Tup...tup...tup...a liście układają się w dywan z wątłych szkielecików, by przyjąć potargane ciało cukrówki, która umrze na drugi dzień...







 ***



niedziela, 14 października 2012

CukiereCek

   Okazało się że nie spełniam własnej definicji szczęścia, ale szczęście czasem mnie dopada, na chwilkę i robi mi się słodko i błogo. CukiereCek przybył do mnie całkiem niedawno, a wyszedł spod zdolnych dłoni ThimbleLady (klik). Zorganizowała ona nietypowy konkurs urodzinowy, w którym należało podać własną definicję szczęścia, a nagrodą były filcowe twory różnej maści, które sama stworzyła. Stali bywalcy mojego bloga wiedzą, że jeżeli chodzi o szczęście to jestem jak kret i kompletnie nie posiadam umiejętności jego dostrzegania, ale mam w swoim życiu coś ,co bezsprzecznie tym szczęściem jest i jest to mój mały synek. Wygadany, energiczny, mały cherubinek, który iskrzy od nadmiaru dobrej energii. To on pojawił się w mojej definicji szczęścia i to dzięki niemu dotarł do nas ten broszkowy lodzik z wisienką. Kiedy odebraliśmy paczkę mój Myszorek był chory i bardzo ucieszył go ten kolorowy gadżet, który odrazu wylądował na jego bluzeczce. 
   Kiedy człowiek jest ponurakiem, to  takie wydarzenia jak nagroda w konkursie ,w którym wzięło się udział, odbiera się z podwójną radością. Moje niedowierzanie potęguje potem pozytywne emocje. Już na zawsze ta mała, filcowa broszka będzie mi poprawiać humor, przypominać o tym że czasem coś może mnie pozytywnie zaskoczyć, że szczęście przemawia nawet do ślepców, że smutek można rozwiać niekoniecznie na całe życie, ale chociaż na chwilę, a tych chwil może być tyle ile nam się zachce.
   Więc, rozwiewam się z czarnych chmur i robię się różowa jak guma balonowa, która potem sobie frunie w niebieskie przestworza i łapie promyki do groszkowej walizki...











***

piątek, 5 października 2012

Starocie


     Chciałam się podzielić z tymi, którzy mnie czytują, że na łamy mego bloga dotarł sarkastyczny anonim. Dla mnie to pierwszy raz, ale przyjęłam, przeżyłam i znowu jestem, jak na złość znowu do bólu komiczna, z koronkowym kołnierzem, z wielkimi łydkami w prążkowanych skarpetach i starych butach!!!!Mój styl, to moje starocie, nic nie poradzę. Zawsze byłam bardziej dziwna, niż piękna i modna. Bardziej cieszy mnie to jak piszecie, że podoba Wam się mój tekst niż zdjęcia, bo co się oszukiwać, lata biegną, z modą i figurą jestem w plecy, a mój fotograf lepiej gra na gitarze niż robi zdjęcia. Mam tylko moje stare szafy pełne starych koronek, starych torebek, sukienek po babciach i mamach, żakietów w stylu retro, pseudo wiktoriańskich butów , swetrów z lat 80-tych i tworów własnej fantazji. To mnie kręci i nie z powodów finansowych, bo nie wszystkie starocie są po 1 zł. Zamiast malować barwne pejzaże robię funeralne obiekty, które straszą, dlatego nikt ich nie kupuje, ale też nie w takim celu je robię. Tak samo jak nie ubieram się po to, żeby zadowolić innych, o co zawsze toczyłam batalię z moją babcią. Dzisiaj byłaby zachwycona, że czasami noszę sukienki i nie zakładam do nich glanów. Więc, kolejny raz przedstawiam mój zestaw, a za jakiś czas będzie następny i następny, chyba że mi życia zabraknie… ale ciuchów raczej nigdy…





***



A oto moja mroczna pani sukienka, zakupiona niedawno, szukana od lat, bo ja nieumiejętna jestem w kupowaniu za granicą, więc musiałam szukać inaczej. Nie wiem kiedy się wystroję, więc już dzisiaj chcę się pochwalić, bo mnie radość rozpiera z powodu obecności tej potworzycy w mojej szafie...

***




piątek, 28 września 2012

Worek szczęścia


    Jeszcze nie zdecydowałam co ze mną będzie...Narazie się snuję, to tu to tam...Mam mały woreczek na skarby i wrzucam sobie do niego rozćwierkane stadko wróbli i sikorek na ogrodzie, które zaakceptowały mój karmik, wielkie, gorące słońce, które zagląda przez okno i rzuca bliki na ścianę pokoju, słowa "kocham cię", które wypowiada mój synek, jego rączkę na moim policzku. Wrzucam sobie brudny pędzel z farby, nie ważne co nim malowałam, smak chłodnika, chociaż już zimno w domu, piernikowo-czekoladowy aromat kawy w chwili nicnierobienia, skończoną książkę, ciepłe stopy męża i ramię, które niestrudzenie od lat grzeją mnie co wieczór. Wrzucam sobie małe wyprawy, takie jak dzisiaj, kiedy mogłam się wyrwać z domu i jadąc samochodem podziwiać stary kamień ułożony w fantazyjne elewacje domów, kościołów, kamienic, kapliczek, monotonne krople deszczu atakujące napierającą w przestrzeń drogi szybę, zjawiskowych ludzi uchwyconych w locie, wystawy sklepowe, które nie są ciekawe, straszące pomniki, cebulki zapiekane w cieście, ażurowe zazdrostki, pięknego kelnera i kilka słów, które niosą nadzieję. Wrzucam jeden z najpiękniejszych zachodów słońca jaki namalował świat, właśnie dzisiaj...i spokój jaki czuję, kiedy nic złego się nie dzieje, kiedy niczego nie muszę pamiętać, kiedy nie muszę się niczego bać...Jak pęknie mi kręgosłup od dźwigania tego worka, który będzie się rozciągał w miarę upływu czasu, na co liczę, to poczuję że jestem szczęśliwa...











***
nogi w kąpieli - fragment szkicownika
***

poniedziałek, 17 września 2012

Krótka bajeczka

     Uciekam sobie w moje bajki, kolorowe pantofelki i falbanki. Nie gonię świata i  pięknych ideałów. Siedzę w domu, co świeci jak słońce. Po ogrodzie tańcują wróżki, a kwiaty malują motyle. Śpiewają ptaki a chmury są z waty cukrowej. Na stole w szachownicę z szydełka dojrzewają owoce. Gonię, gonię, gonię, a potem zatrzymuję się jak kadr z filmu i serce zamieniam w mikroskop. Te miliardy szczegółów zaczynają we mnie uderzać jak krople deszczu. Wsiąkają we mnie jak lekarstwo, obmywają z kurzu smutków, nagromadzonych w okresie lenistwa. Rejestruję...i jak głupek, zawsze pierwszy raz ,choć już tysiąc razy, odkrywam że można się cieszyć, chociażby z tego, że nie gniję w mogile lub nie dyndam na drzewie, jak przeżarty grzybem owoc, obsuszony liść.










***

scena rodzajowa, obiekt z elementami olejnymi na płótnie, rok 2007
***
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...