Okazało się że nie spełniam własnej definicji szczęścia, ale szczęście czasem mnie dopada, na chwilkę i robi mi się słodko i błogo. CukiereCek przybył do mnie całkiem niedawno, a wyszedł spod zdolnych dłoni ThimbleLady (klik). Zorganizowała ona nietypowy konkurs urodzinowy, w którym należało podać własną definicję szczęścia, a nagrodą były filcowe twory różnej maści, które sama stworzyła. Stali bywalcy mojego bloga wiedzą, że jeżeli chodzi o szczęście to jestem jak kret i kompletnie nie posiadam umiejętności jego dostrzegania, ale mam w swoim życiu coś ,co bezsprzecznie tym szczęściem jest i jest to mój mały synek. Wygadany, energiczny, mały cherubinek, który iskrzy od nadmiaru dobrej energii. To on pojawił się w mojej definicji szczęścia i to dzięki niemu dotarł do nas ten broszkowy lodzik z wisienką. Kiedy odebraliśmy paczkę mój Myszorek był chory i bardzo ucieszył go ten kolorowy gadżet, który odrazu wylądował na jego bluzeczce.
Kiedy człowiek jest ponurakiem, to takie wydarzenia jak nagroda w konkursie ,w którym wzięło się udział, odbiera się z podwójną radością. Moje niedowierzanie potęguje potem pozytywne emocje. Już na zawsze ta mała, filcowa broszka będzie mi poprawiać humor, przypominać o tym że czasem coś może mnie pozytywnie zaskoczyć, że szczęście przemawia nawet do ślepców, że smutek można rozwiać niekoniecznie na całe życie, ale chociaż na chwilę, a tych chwil może być tyle ile nam się zachce.
Więc, rozwiewam się z czarnych chmur i robię się różowa jak guma balonowa, która potem sobie frunie w niebieskie przestworza i łapie promyki do groszkowej walizki...
***
























