Słyszę jak równomiernie oddycha zmywarka, pracująca nocą pomoc kuchenna. Wilgotna i mroczna kurtyna okryła dom. Światło tli się tylko w jednym pomieszczeniu. Siedzę z włosami zaplątanymi w różowo-czerwone wałki, powieki mi opadają, czuję ukojenie kiedy na chwilę zaciskam oczy. Mimo pory, nie przekroczył progów żaden duch, oprócz samotności. Mniejsze ode mnie istoty już dawno popłynęły w krainę marzeń sennych. Jedne śnią o metalowych samochodzikach i rakietach kosmicznych, drugie o szczeniakach, a te trzecie pewnie o wolności, życiu poza domkiem z druta. Woda obmywa brudy dnia, talerzyki i kubeczki, łyżeczki małe i te duże, widelczyki i miseczki, myje, my-je, stuka, stu-ka, jak sunący w obranym kierunku pociąg, zapisujący dźwiękiem każde łączenie szyn. Głowa prawie spada, leniwie przechylając się to na jedno, to na drugie ramię, raz do tyłu, raz do przodu. Jeszcze chwila i sama poturla się do łóżka. Wygięty w literkę kręgosłup już poszedł spać, nie podtrzymuje już sflaczałych mięśni, więc wychodzą z nory wszelkie zaniedbania ciała i ducha. W szczelinach fałd znajduję już zarys własnej starości. Brakuje mi tylko błota na twarzy jako koronacji dnia. Zmęczenie siada mi na klacie, brakuje mi powietrza. Podobno ziewanie skraca życie. Każda chwila senności zbliża mnie szybszym krokiem do końca. Ziewam tak, że mogłabym połknąć Księżyc, gdyby dzisiaj świecił. Jeszcze chwilka, wrzucę zdjęcia i załaduję swój setny post, potem pójdę boso, schodami na górę i padnę w objęcia bezwonnej lawendy. Przy ulicznym złodzieju ciemności, zaglądającym co noc przez małe okienko, chcącym się załapać na skarby wyobraźni, zamknę oczy i poczekam sobie aż wstanie kolejny dzień pełen lata i starć z zegarem życia...




